Sztuka a sztuczna inteligencja
Ale się fajnie układa ten tytuł. No ja cię. Sztuka, czyli coś sztucznego, jak ta inteligencja… Zdawałoby się, wspólny mianownik, ale obecnie na granicy tych dziedzin wre, pierwsza wymiana ognia już za nami, wojna wypowiedziana, mobilizacja, czekamy tylko na Blitz. A ja, tak się składa, mam podwójny paszport (zjawisko bardzo rzadkie) i chciałem desperacko zawalczyć o zdrowy rozsądek w tym wszystkim.
Kieruję ten esej do artystów, którzy obawiają się wpływu sztucznej inteligencji na ich działalność, a także do tych nielicznych, którzy o tym wpływie myślą, nie obawiając się go. Na początek trochę o mnie, żeby wyjaśnić, czemu mogę się na ten temat wypowiadać prawdopodobnie bardziej autorytatywnie, niż wasz kolega w Eszewerii o trzeciej nad ranem: od dziesięciu lat badam i programuję sztuczną inteligencję. Mam tytuł magistra z jednej z najlepszych europejskich uczelni informatycznych (KTH - Politechnika Królewska w Sztokholmie). Pracuję dla startupu z Doliny Krzemowej, gdzie regularnie bywam; trzy takie firmy pomagałem zresztą zakładać.
Mój drugi paszport jest nieco bardziej skromny: jestem aktorem-amatorem, gram w Teatrze Loch Camelot i od czasu do czasu pojawiam się w krótkich formach filmowych. Współorganizuję też krakowski Szlam Literacki. Zdarza mi się przetłumaczyć przypadkiem Rilkego czy Herberta. W każdym razie słyszę w tych Prowincjach, Bunkrach, Piwnicach i Lokalach o waszych obawach, roszczeniach, przekonaniach i żalach, i postaram się tu na nie odpowiedzieć.
Zacznijmy od noty historycznej. AI było uczone na treściach publicznie dostępnych w internecie od zawsze (to znaczy - od kilkudziesięciu lat, bo wcześniej o uczeniu nie może być mowy) i jakoś nikt nie miał z tym problemu. Oczywiście początkowo było to zajęcie przede wszystkim akademickie (ja zresztą sam myślałem, że zostanę na uczelni, ale najlepsze badania robią obecnie prywatne firmy). Raczkujący Terminator odróżniał kotki od piesków na obrazkach, a my biliśmy mu brawo. Z czasem Terminatorek (Terminatorzątko, Terminatunio) zaczął rozróżniać muchołówkę wierzbową od olchowej, czego nie umie nawet mój tata, profesor ornitologii. Zaczął też - o zgrozo! - rozróżniać mikrozwapnienia łagodne od podejrzanych na zdjęciach rentgenowskich. O zgrozo, bo to przecież praca radiologa! Co teraz pocznie radiolog?
Około tego czasu (końcówka lat „dwa tysiące nastych”) usłyszałem pierwsze głosy sprzeciwiające się rozwojowi sztucznej inteligencji. Oczywiście rozumiałem - o ile akurat mój produkt służył do wspierania pracy radiologów, o tyle w teorii można by go wykorzystać do zastąpienia ich. Do podobnych celów dążyło zresztą wiele firm, choć niekoniecznie z egoistyczno-kapitalistycznych pobudek (o tym w innym eseju - rozgadałbym się tu niemiłosiernie). Drodzy artyści, nie was pierwszych dotyka przerażająca wizja wyparcia.
Jesteście jednak pierwszą grupą, która - moim zdaniem - ma w torebce gaz pieprzowy. I nie mam tu na myśli waszych głośnych akcji protestacyjnych, ale waszą wyjątkowość. Podczas gdy wszystkie inne zawody funkcjonują z grubsza według zasady „ja daję wam czas, wy dajecie mi pieniądze”, o tyle w sztuce chodzi właśnie o ten wyjątkowo ludzki, niezastąpiony czynnik, o duszę w cudzysłowie czy bez. Pojawiająca się raz na jakiś czas nowinka technologiczna - aparat fotograficzny, mikrofon, syntezator - odbiera sztuce dotychczasowy monopol na warsztat, ale nie na sens. Sądzę, że tak będzie i ze sztuczną inteligencją: co z tego, że - jak ostatnio wykrzyczał mój przyjaciel w Krainie, nomen non est omen, Szeptów - aktorów drugiego planu już da się zastąpić AI, jeśli dojdziemy do wniosku, że zastąpiony element nie jest sztuką per se? Jeśli aktorów da się wygenerować bez straty wartości dzieła, to - moim zdaniem - nie byli potrzebni, to znaczy - nie byli potrzebni dla widza.
Bo… dla kogo jest sztuka? Moim zdaniem w dużej mierze dla artysty. Jest to dla nas pasja, źródło spełnienia. Czemu więc oczekujemy, że da nam chleb, a naszym dzieciom - miejsce w prywatnym żłobku z językiem angielskim? Gdyby tak na chwilę zatrzymać świat, odsunąć się od niego i popatrzeć… Wyobraź sobie, że umiesz widzieć rzecz taką, jaka ona jest - że da się zdjąć okulary skojarzeń, wymazać wspomnień obrazy. Zapomnij na chwilę o tym, na co się nastawiałeś, nastawiałaś na początku kariery. Porządek ludzki jest właściwie całkiem absurdalny, i jednym z tych absurdów jest to, że oczekujemy zapłaty za coś - w założeniu - przyjemnego. Ma sens pensja kierowcy autobusu, który wolałby spędzić swój dzień na wędrówce po Gorcach. Ale pensja aktora, malarza, pisarza…?
Oczywiście słowo-klucz w powyższym wywodzie to „założenie”, bo uprawianie sztuki często nie jest przyjemne (mówimy: „chałtura”, ewentualnie „to nie jest moje”, ewentualnie „kiepski spektakl, ale mam angaż”). Za takie zadania - jak najbardziej, rozumiem potrzebę zapłaty. Ale w głębi duszy - czy myślisz o nich jako o sztuce? Czy koniec końców nie jesteś na ich potrzeby po prostu rzemieślnikiem?
Tak więc uważam, że te chałtury i nie-moje role owszem, zastąpi sztuczna inteligencja, ale sztuka przez wielkie „sz” wykona unik w bok, byk wyrżnie w mur, a artysta będzie trwał nadal, tylko z nową, precyzyjniejszą definicją swojego zajęcia. Nie zrozumcie mnie źle: to świetnie, że (jakkolwiek zazwyczaj z trudem) można na sztuce zarobić, i korzystajmy z tego! Ale moim zdaniem jest to raczej szczęśliwy zbieg okoliczności niż prawo natury. Gdybym miał wyeliminować ze świata absurd, to rozdzieliłbym prace niechciane, niezwiązane z pasjami, po równo między ludzi, jak obowiązki domowe - a w pozostałym czasie każdy mógłby się spełniać, jak chce. Małym krokiem ku temu byłby dochód podstawowy, do którego swoją drogą - mam nadzieję - zbliża nas to całe zamieszanie z AI, ale o tym kiedy indziej.
Nie twierdzę, że aktorów drugiego planu zastąpić należy, czy nawet, że się da. Po prostu - jeśli da się ich zastąpić, jeśli dopuszczamy taką myśl, to mówi nam to coś o naturze ich pracy. Sztuka przyszłości będzie - tak sądzę - dużo bardziej o tym, co jesteśmy w stanie wymyślić, niż o tym, co jesteśmy w stanie zrobić.
Wracamy na Ziemię, do teraźniejszości. Nie chcę się bawić w przewidywanie rozwoju najbliższych wydarzeń, ale zaproponuję ramy, w obrębie których mogą one mieć miejsce, i związanie z nimi rady.
Po pierwsze, nie bójcie się sztuki stworzonej „w całości” przez sztuczną inteligencję. Sztuczna inteligencja nie ma procesu twórczego, jest - jak to się pięknie mówi po angielsku - grającą w kości papugą, stochastic parrot. Nie poradzi sobie. Jeśli zaś narzucimy jej proces twórczy, to w pewnym sensie sami stajemy się artystami. Swoją drogą, maszynom narzucano proces twórczy na długo przed sztuczną inteligencją, a nawet i przed komputerami - polecam wyszukać hasło „generative art”.
Po drugie, nie bójcie się stosowania sztucznej inteligencji w sztuce. Protestujcie, jeśli to obniża jej wartość, ale przyjmijcie je, jeśli jest odwrotnie (chociażby dlatego, że macie więcej czasu na korektę kolorów, bo pierwszą wersją efektów specjalnych zajmie się AI). Wykorzystujcie sztuczną inteligencję do małych, odizolowanych zadań, których efekty potem samemu połączycie w całość. Pomysły mają być wasze, a wykonanie możecie zlecić komputerowi, jeśli wola.
Po trzecie, szukajcie czynnika ludzkiego w swojej sztuce. Specjalizujcie się w nim. Wasza moc leży w waszej fantazji.
To tyle. Zostawię Was z kawałkiem generative art wykoncypowanym na długo przed AI przez urodzonego jeszcze w przedwojennej Warszawie matematyka, Benoît Mandelbrota. Piękny, prawda?
