Dwa i pół procent
Podczas tegorocznej Wigilii rolę tradycyjnego pieniążka pełni przy naszym rodzinnym stole przedwojenna dziesięciozłotówka z Piłsudskim.
- To srebro. II RP miała w Europie najsilniejszą walutę, porównywalną może jedynie z funtem szterlingiem - komentuje temat właściciel monety, wujek Danek. Dopiero później ekonomiści odkryli, że deflacja jest w gospodarce kapitalistycznej bardzo szkodliwa. Najlepsza jest inflacja na poziomie kilku procent.
Po wigilijnej kolacji nie mam wiele czasu na rozważania - trzeba budować z kuzynem tory kulkowe i udać się na Wawel na pasterkę („ja zawsze przy Jagielle stoję” - zaznacza wujek Danek, którego wykształcenie w zakresie historii sztuki objawia się nawet w najbardziej prozaicznych momentach). O wartej dziś fortunę dziesięciozłotówce nie pomyślałbym pewnie znowu, gdyby nie to, że pierwszego dnia Świąt ląduję na Śląsku, gdzie spowinowacona ze mną na nieposiadający nazwy sposób Tereska opowiada o swoim dwudziestosześcioletnim stażu w banku.
- Ja się cieszyłam jak nie wiem, jak mi tę placówkę zamknęli - komentuje koniec swojej kariery przed dekadą.
Tereska jest obecnie licencjonowaną opiekunką osób starszych, w którym to zawodzie odnajduje się zdecydowanie lepiej.
- Odwróciłam swoje życie o sto osiemdziesiąt procent - żartuje. Czasem ludzie na ulicy zaczepiają mnie i pytają, w jakim ja banku teraz pracuję, a ja im na to, że w żadnym!
Skąd zainteresowanie przechodniów losem Tereski? Otóż - tłumaczy owa - do jej okienka ustawiały się kolejki, nawet wtedy, gdy do pozostałych nie czekał nikt.
- Bo ja nie próbowałam nikomu wcisnąć czegoś, czego nie potrzebował. Ja niejedną szefową przeżyłam, wiedziałam, że one to na rok, dwa, potem znikną albo awansują. Więc kiedy one mi truły, że nie wyrobiłam tygodniowej normy na sprzedaż kredytów, to ja im na to, że ja szerzę dobre imię banku. Przychodzili do mnie czasem klienci, którym kto inny, młody, ambitny, coś wcisnął danego ranka, i ja miałam więcej roboty z odkręcaniem tego, niż oni z wciskaniem. A ci klienci, jak mnie nie znali, to z mordą na mnie.
Presja na sprzedaż kredytów, otwieranie kont, oferowanie produktów miesiąca i mnóstwo innych umiarkowanie potrzebnych „usług” finansowych pochodziła z góry. Przypomina mi się aż zasłyszane gdzieś powiedzenie, że największą konkurencję dla producenta stanowi nie tyle inny producent, co zdrowy rozsądek konsumentów. Skąd taki nacisk na krótkoterminową sprzedaż kosztem długoterminowego wzrostu?
Kluczem do zagadki są, jak sądzę, zniknięcia szefowych. W instytucji tak dużej, jak bank, wkład jednego pracownika nie przekłada się w namacalny sposób na dobrobyt całej organizacji, ciężko więc mówić o naturalnej motywacji do pracy. Zamiast tego pobudki do działania w imię firmy stanowić mają właśnie normy, bonusy, kary i groźby - uregulowane odpowiednimi umowami kije i marchewki. Ze strony banku takie umowy podpisuje szef odpowiednio wysokiego szczebla. A na czym zależy temu szefowi? Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, za dziesięć lat nie będzie go już w banku - a nawet jeśli miałby tam dalej pracować, to na innym stanowisku, na którym na nic mu się nie przyda dobre imię placówki, którą zarządzał przed dekadą. Presja na ciągły wzrost doprowadza do zaprzepaszczania długoterminowych wartości na rzecz potrzeb chwili.
Wracamy do domu w najciemniejszy i najbardziej deszczowy wieczór roku. Prowadzę, wygłaszam w samochodzie moje tezy.
- Ty to byś się na nowego Lenina nadawał. Tylko żeby cię ktoś nie udusił poduszką - komentuje tata (pamiętam, jak przed laty śpiewał piosenkę „my jesteśmy pesymiści / naszym znakiem zeschłe liście”).
Do Lenina bynajmniej nie jest mi jednak blisko, ani nawet do jego uduszonego poduszką kolegi. Po pierwsze, fryzura rewolucjonisty stanowi fotograficzny negatyw mojej, a po drugie, o ile lewicowe cele wydają mi się całkiem na miejscu, o tyle środki - nie zawsze. Mój pogląd poparty jest ogromnymi trudnościami, z jakimi borykałem się przed dwoma laty, próbując (za pensję informatyka!) wynająć choćby i pokoik w małym miasteczku w Holandii.
Kryzys mieszkaniowy trawi cały Kraj Nizin od lat. Mi osobiście udało się znaleźć własny kąt dopiero po trzech miesiącach pomieszkiwania u znajomych, i nie był to wcale ewenement. Rząd jest świadomy skali problemu - dostępność mieszkań stanowi, obok ekologii, najgorętszy temat polityczny. Próbując naprawić sytuację, wprowadzono więc system punktowy, według którego czynsz nie może przekroczyć z góry ustalonej kwoty, zależnej przede wszystkim od lokalizacji i rozmiarów lokum. W dodatku, aby uchronić lokatorów przed wzrostem cen, wprowadzone zostały powiązane z inflacją roczne limity podwyżek czynszu.
Świetne inicjatywy, prawda? Zgodziłbym się, gdyby nie fakt, że system punktowy funkcjonuje od… lat siedemdziesiątych, a kryzys tylko się pogarsza. Zamiast stworzyć warunki sprzyjające budowie nowych mieszkań, rząd postanowił sztucznie ograniczyć ich ceny, co przyniosło efekt odwrotny do zamierzonego: Holendrzy zmuszeni są obecnie rozlosowywać tanie mieszkania socjalne pomiędzy przerastającą je o rząd wielkości liczbę chętnych.
Od rzeczywistości nie ma ucieczki. Jeśli brakuje mieszkań, musi ich powstać więcej. Po prostu. Sztucznie ograniczając ceny, przesuwamy tylko problem z miejsca na miejsce: mieszkania może i tanieją, ale za to stają się niemożliwe do zdobycia.
Drugi dzień Świąt spędzam w starym fotelu przy niedziałającym już kominku. Ślady pędzla na powstającym na moich oczach obrazie coraz wyraźniej układają się w stoki Annapurny, a moje myśli - w spójną całość. Mieszkania w Holandii, pracę Tereski i pieniążek z Piłsudskim łączą dwa słowa kluczowe: struktury motywacyjne.
Gdy są one źle skonstruowane, fakt ten rzuca się w oczy od razu. Oczywiście, że bank chciałby sprzedać wiele kredytów, a mieszkańcy państwa - mieć dostęp do tanich mieszkań. Próby osiągnięcia tych celów poprzez narzucenie ich od góry kończą się jednak, jak widać, różnego rodzaju katastrofami.
Porządnie przemyślane struktury motywacyjne są z reguły mniej widoczne, bo bardziej subtelne - dopatruję się ich jednak w dotyczącej kilkuprocentowej inflacji radzie wspomnianych przez wujka Danka ekonomistów. Narodowy Bank Polski, który ową radę wziął sobie widocznie do marmurowego serca, realizuje cel inflacyjny na poziomie 2,5% rocznie. Ta liczba przekłada się na przepołowienie wartości pieniądza w ciągu niecałych trzech dekad. Innymi słowy, następne pokolenie będzie za dziesięciozłotówkę mogło kupić tyle, co my za złotych pięć. Jeśli pieniądze w kieszeni topią się szybciej niż lodowce w Norwegii, to nie opłaca ich się tam trzymać - i zamiast tego trafiają do obiegu, na przykład w formie inwestycji w polskie firmy. O ile ciągły wzrost jest tematem co najmniej kontrowersyjnym, o tyle jedno trzeba przyznać: kilkuprocentowa inflacja sprawdza się jako jego katalizator. Czemu? Moim zdaniem chodzi o sprytne wykorzystanie ludzkich motywacji. Inwestycje nie pojawiają się, bo ktoś komuś coś każe. Pojawiają się, bo taka lokata kapitału jest dla kogoś najlepszym wyborem.
Oto moje wnioski. Tworząc reguły - czy to w formie ustaw, czy układów w pracy - powinniśmy zastanowić się, jak ukształtują one interes jednostek. Czy służenie wspólnemu dobru będzie opłacalne? Czy linia najmniejszego oporu spełni nasze cele, jeśli wybierze ją - nie ukrywajmy - prawie każdy? W porównaniu z bezpośrednią kodyfikacją nakazów i zakazów, zadawanie takich pytań to myślenie o krok do przodu - a to tak wygrywa się grę.