Być sobą
Jest środek lata, leżę na łodzi żaglowej zacumowanej gdzieś w środkowej Polsce. Powoli dnieje. Pierwsza z moich towarzyszek podróży zebrała się już myć zęby do portu, lecz pozostałe dwie pośpią jeszcze, mam nadzieję, możliwie długo. Jestem zmęczony wyjazdową musztrą, przemyka mi przez głowę pomysł ewakuacji do Łodzi, gdzie mógłbym zatrzymać się u przyjaciółki z liceum. Przejawiam jednak ostatnio wyjątkowe wyrachowanie - cóż, nie dostałem się na studia aktorskie i przyjdzie mi przeczekać rok w pracy, co skłania raczej do skupienia na wymiernych korzyściach niż chwytania dnia. Dokonuję więc szybkiej kalkulacji i dochodzę do wniosku, że wysiłek emocjonalny, jaki musiałbym włożyć w przedwczesny wyjazd, przewyższa ten związany z wytrwaniem do końca. Nic mi się nie chce. Zostanę.
Muszę ostatnio sporo walczyć o siebie. Obecnie akurat przegrywam, mój ślepy przeciwnik wymusił na mnie sekwencję ruchów w szachach życia. Podobno to dziwne, że nie mam ochoty żeglować pod rozkazami. Podobno to dziwne, że kiedy zapraszam przyjaciela do kina, to nie zawsze chcę, by przyszła też jego dziewczyna. Że nie lubię roślinek doniczkowych, bo ich podlewanie to dodatkowy obowiązek. Zresztą, podobno mam tego ostatniego nie mówić dziewczynom - niestety, wypsło się.
I tak sobie myślę, że chyba właśnie o to chodzi w niezrozumianym na tysiące sposobów sloganie być sobą. Bo - nie wiem, jak wy, może byliście mądrzejsi - ale ja przed laty przypisywałem tym słowom zupełnie inny sens.
Pod koniec liceum chciałem się dostać na MIT (i Harvard, i Yale, i Princeton - ale najbardziej MIT). Uczyłem się świetnie, byłem olimpijczykiem z dwóch przedmiotów, prymusem w klasie, wulkanem energii i w ogóle kwiatem narodu polskiego. Przyszłość była świetlana i jasno wytyczona - dobry uniwersytet, a potem… no właśnie, co potem? Na pewno jakaś kariera. Na pewno miałem ją kochać, to znaczy wykazywać wszystkie trzy podstawowe ponoć cechy miłości: temat miał mi być bliski, miałem być pasjonatem i miałem być w pełni zaangażowany. Ale ciężko mówić o planach zawodowych, kiedy ma się lat siedemnaście i w żadnej pracy się nie było, toteż ich opis - który trzeba było dostarczyć wraz z wynikami amerykańskiej matury i listami polecającymi od nauczycieli - oparłem o radę, którą uczelnie prezentowały na swoich stronach, czyli właśnie nieszczęsne hasło bądź sobą.
Przy opisywaniu tej sytuacji towarzyszy mi pewien wstyd - właściwie podzieliłem się tą historią chyba tylko z jedną czy dwiema osobami, które nie były wtedy przy mnie - bo można by ją niemalże zatytułować „Jak zaprzepaścić swoje szanse w Ivy League”. Owo bycie sobą rozumiałem bowiem przez pryzmat całego swojego licealnego przekonania o tym, kim jest ktoś, kto jest sobą. Bo na pewno nie po prostu sobą! Przecież książki, filmy, piosenki i sztuki teatralne uczyły nas od dziecka, że jest się naprawdę sobą, kiedy robi się coś odważnego i spektakularnego, jak na przykład Vaiana opuszczająca rodzimą wyspę, by uratować ją od plagi. Zmieniamy coś wielkiego, jesteśmy pewni swego, wszyscy nam się sprzeciwiają, ale w końcu się udaje, bo od początku mieliśmy rację. Nawet jeśli palniemy coś o wahaniach, to i tak zaraz podkopie to Alessia Cara śpiewająca „See the line where the sky meets the sea? It calls me”.
No więc wiecie, kim chciałem być? Astronautą. Ja, niezdarny chuderlak, o którego bliskim spotkaniu ze ścianą na WFie słyszało pół szkoły, który czuł się nieswojo po dwóch dniach niemycia włosów i nie lubił spać w namiocie. Chciałem być cool, zrobić coś odważnego, szalonego, coś, co ludzie będą podziwiać.
W swoim liście motywacyjnym nie wspomniałem za to ani słowem o sztucznej inteligencji, którą tworzyłem wieczorami. Nie mogę tego nawet uargumentować - po prostu nie wpadło mi to do głowy. Wydawało mi się to zapewne oczywiste, że zgarbiony nastolatek siedzący przed ekranem - jeśli nie tworzy robotów, jak Diodak czy Velma - nie jest naprawdę sobą.
Amerykańską maturę zdałem na sto procent wraz z matematyczno-fizycznymi rozszerzeniami. Listy polecające otrzymałem cudowne - wiem, bo wobec umiarkowanej biegłości moich nauczycieli w języku angielskim musiałem wiele z nich napisać samemu. Ale jednak zamiast Massachusetts Institute of Technology na moim CV widnieje Uniwersytet Jagielloński. A wszystko dlatego, że chciałem być sobą.
Możecie mi zarzucić, że nie zrozumiałem Vaiany. Że tak naprawdę bohaterką targają niepewności, a jej droga wcale nie jest usłana różami. Ale właśnie o to mi chodzi! Jako dzieci i młodzież karmiliśmy się treściami, które rozumieliśmy na opak. Niektóre z tych mniej lub bardziej świadomie przekazywanych dorastającemu odbiorcy przesłań na pewno dałoby się naprostować, ale to też nie o to mi chodzi, przynajmniej nie teraz. Teraz chcę Ci jedynie, drogi czytelniku, droga czytelniczko, życzyć - bądź sobą naprawdę. Amen.